platforma blogowa portalu nowa trybuna opolska

W 1920 roku Opolu nie było spokojnie

rejencoKiedy pod Warszawą ważyły się losy polsko-bolszewickiej w niemieckim Oppeln niewielu kibicowało Polsce. Co więcej głośno protestowano przeciwko transportom z pomocą, jakie miały jechać przez miasto.

Do jednej z największych demonstracji doszło 17 sierpnia. Zastrajkowali nie tylko kolejarze, ale także pracownicy poczty, gazowni, czy miejskiej elektrowni. Większość sklepów i lokali było przez cały dzień zamknięte, ale sam protest przebiegał w Opolu spokojnie. Zupełnie inaczej niż w Katowicach, gdzie z rąk niemieckich bojówkarzy zginął wtedy polski lekarz Andrzej Mielęcki.

Wrzało na całym Górnym Śląsku mimo, że działała Międzysojusznicza Komisja Rządząca i Plebiscytowa z siedzibą w Opolu, która miała pilnować porządku.

To jej przedstawiciele wydali w pewnym momencie oświadczenie o zachowaniu neutralności regionu, przez który – do czasu rozstrzygnięcia plebiscytu – nie miały przejeżdżać transporty z żołnierzami, czy amunicją.

Deklaracja emocji nie uspokoiła. Ktoś wysmarował smołą tablice polskiego banku oraz konsulatu, doszło także do pobicia polskiego gospodarza z Prószkowa, który do Opola przyjechał na targ. Antypolskich wystąpień było jednak dużo więcej.

Plagą było również niszczenie linii telefonicznych i telegraficznych. Na tyle dużą, że dyrekcja poczty w Opolu zadeklarowała 1000 marek nagrody dla osoby, dzięki której udałoby się schwytać sprawców.

Problem zszedł na dalszy plan, gdy w nocy z 19 na 20 sierpnia wybuchło II Powstanie Śląskie, choć wtedy informowano o rozruchach, a początkowo tylko o stanie oblężenia dla Katowic, który ogłosiła komisja międzysojusznicza, kierowana przez francuskiego generała Henri Le Ronda, urzędującego w nieistniejącym budynku rejencji na placu Wolności (na zdjęciu).

Jak pisano w polskim Kuryerze Śląskim – docierającym wtedy do miasta – komisja miała i inne problemy. Opolskim cementowniom zaczynało brakować węgla, a to z kolei powodowało zagrożenie wstrzymania pracy zakładów, gdzie pracę miały setki osób. Dlatego przedstawiciele firm zwrócili się o pomoc do komisji, wówczas sprawującej kontrolę również nad śląskimi kopalniami.

Napiętą sytuację potęgowały plotki, w których często występowało Opole. Jedna z ich zawierała informację o tym, że wojska włoskie, wchodzące w skład sił strzegących porządku w regionie, wyjechały z miasta z powodu szerzącej się wśród żołnierzy propagandy bolszewickiej. Przedstawiciele komisji ostrzegali, że za kolportowanie takich “wymyślonych informacji” grozi sąd zgodnie z przepisami, wprowadzonymi w czerwcu 1920 roku.

Niewiele to pomagało, bo kolejna nieprawdziwa informacja o polskich żołnierzach, którzy pojawili się w mieście, wywołała w rozruchy w ówczesnym Breslau (Wrocław). Kłamstwo wykrzyczane na wiecu, urosło szybko do rangi faktu i spowodowało wściekłość tłumu, a potem dewastacje konsulatów francuskiego i polskiego. Dopiero oddział wojska zaprowadził porządek.

W tym czasie polskie wojsko goniło już bolszewików na Wschód po wygraniu bitwy pod Warszawą. W Opolu pojawiło się, ale dopiero po 1945 roku.

1000 podpisów to mało i dużo jednocześnie

wojcikAutorzy inicjatywy referendalnej, którzy chcieli doprowadzić do odwołania prezydenta Arkadiusza Wiśniewskiego, dziś ostatecznie złożyli broń. Zdobyli niewiele ponad 1000 podpisów, a intuicja mi podpowiada, że mogłoby być ich jeszcze mniej, gdyby doszło do weryfikacji.

Referendalna klapa nie powinna być dla nikogo zaskoczeniem.

Zebranie niezbędnej liczby podpisów (blisko 9,5 tysiąca) było ponad siły pospolitego ruszenia, jakie uformowało się wokół eks radnego Janusza Wójcika. Sytuacji nie pomagały wakacje oraz fakt, że inicjatywy nie poparło żadne liczące się środowisko polityczne, bo trudno takim nazwać Partię Razem, dopiero raczkującą w Opolu.

Argumenty komitetu też nie były przekonujące, ale mnie bardziej dziwił brak jakiejkolwiek alternatywy. Co z tego, że odwołany zostanie prezydent i rada miasta? Przeciwnicy Wiśniewskiego nie pokazywali co dalej, kto miałby zastąpić prezydenta? To był jeden z wielu błędów, które inicjatywę skazywały na porażkę.

Tysiąc zebranych podpisów to dużo i mało jednocześnie. Mało, bo do refendum nie wystarczyło, ale dużo, biorąc pod uwagę, że opolanie nie są skorzy do politycznych awantur, a ich zangażowanie w politykę – nawet podczas wyborów samorządowych – jest niewielkie.

Warto pamiętać, że w drugiej rundzie wyborów prezydenckich w Opolu na Arkadiusza Wiśniewskiego głosowało ponad 18 tysięcy opolan, a na Marcina Ociepę  ponad 8 tys osób. Tymczasem w mieście jest łącznie ponad 90 tys. wyborców.

Dlatego tysiąc niezadowolonych może być zaczynem, aby budować coś alternatywnego w przyszłości. Potrzebny jest jednak młody lider i dobre pomysły oraz ludzie, którzy chcieliby i potrafili rywalizować z tzw. dobrą zmianą, wspierającą Wiśniewskiego.

Na razie jednak prezydent nie ma mocnej opozycji. Dziś mógłby przegrać wyłącznie sam ze sobą.

Na rondzie w Opolu nie stał wcale MiG

limNie było to również samolot Jak 9, jak można było niedawno przeczytać w Gazecie Wyborczej, czy na stronie MBP. Samolot – który kiedyś ozdabiał Rondo – to Lim-2, czyli polska polska wersja licencyjna radzieckiego MiG-a 15bis.

To dla wielu z nas może być drobna kwestia, ale dla miłośników polskiego lotnictwa jest ważna. I to na tyle, że jeden z nich poprosił mnie o rozpowszechnienie prawidłowej nazwy.

Identyfikacji dokonał Mateusz Tułodziecki z Muzeum Polskiego Lotnictwa w Krakowie. Pan Mateusz na podstawie namalowanego numeru bocznego ocenił, że prawdopodobnie samolot pochodził z 8. serii produkcyjnej (oznaczenie fabryczne 1B 008-05) i wyprodukowano go w okolicach połowy 1955 roku.

Następnie trafił do jednostek Lotnictwa Myśliwskiego Wojsk Obrony Powietrznej Kraju i prawdopodobnie na początku lat 60. wycofano go ze służby. Niestety na razie nic więcej nie udało się ustalić, ale trzeba również pamiętać, iż samoloty, które stawały się pomnikami, często składano z dwóch lub kilku egzemplarzy.

Samolot na zdjęciu był jedną z 500 maszyn Lim-2, jakie polski przemysł lotniczy wyprodukował w latach 1954 -56. Jednego z nich nadal można oglądać np. w Muzeum Polskiego Lotnictwa w Krakowie.

Warto pamiętać, że ten nietypowy prezent wojska nie był na Rondzie długo. Postawiono go najprawdopodobniej w 1967 r, a usunięto już w kolejnym. Dlaczego, skoro w wielu miastach podobne pomniki stoją do tej pory?

Początkowo opolanie byli samolotem zachwyceni. Często robili sobie z Lim-em zdjęcia, lecz już późną jesienią 1967 r. nad maszyną zebrały się ciemne chmury. Niespodziewanie podczas publicznej debaty nad przestrzenią publiczną Opola samolot z demobilu urósł do rangi największego problemu i nie chodziło wyłącznie o jego wygląd. W prasie pojawiła się np. relacja kierowcy miejskiego autobusu, którego tak rozkojarzył widok samolotu, że zamiast na Rondzie skręcić w kierunku Zakrzowa i Wróblina, pojechał w stronę mostu na Odrze. – Przez pomnik mogło dojść do wypadku! – alarmowano.

Inni opolanie twierdzili, że szczególnie nocą samolot jest brzydki i straszy kierowców. Napór na usunięcie Lim-a wzrósł, kiedy wyszło na jaw, że przywiezienie do miasta samolotu nie było uzgodnione z Komisją Porządku Publicznego.

Ostatecznie Lim-2 z Ronda zniknął nocą z 31 lipca na 1 sierpnia 1968 roku. Informowano wówczas, że z Opola  przetransportowany będzie do Ozimka, a tam miał stanąć najpierw na skwerze, a potem skończyć w piecach huty.

Czy rzeczywiście tak było? Na razie nie mam takiej pewności.

Za udostępnienie zdjęcia dziękuję panu Krzysztofowi Grocholskiemu. To on jest na zdjęciu sprzed blisko 50 lat.

Śliczna “Driada” pływała kiedyś po Opolu

driada1W lipcu 1962 roku pojawiła się w naszym mieście po raz pierwszy. Z dumą podkreślano, że to zradiofonizowana jednostka pierwszej klasy z parkietem do tańca i bufetem.

“Driada” – mogąca zabrać na pokład do 200 osób – odpływała z przystani na wyspach Pasieka lub Bolko. Kursowała np. z Opola do Dobrzenia Wielkiego, ale potrafiła także popłynąć do Brzegu, a konkretnie do Lipek, gdzie sugerowano postój i piknik na polanie w lesie. Wycieczki można było zamawiać indywidualnie, lecz statek – należący do “Żeglugi na Odrze” – wynajmowały głównie zakłady pracy. Najkrótsza trzygodzinna wycieczka kosztowała kasę przedsiębiorstwa 1550 ówczesnych złotych, a dwunastogodzinna 3010 zł.

Pod koniec miesiąca wprowadzono z myślą o opolanach dodatkowe kursy. We wtorki i soboty statek pływał pomiędzy przystanią u wylotu ulicy Strzelców Bytomskich, a śluzą we Wróblinie. Pierwszy rejs ruszał z Pasieki o godzinie 10, a ostatni o 21.15. Wakacyjny kurs po Opolu trwał około godziny.

W archiwalnej prasie można znaleźć opis takiego rejsu, określanego jako największa atrakcja wakacji w mieście. Na statku, płynącym z prędkością około 10 węzłów na godzinę, było gwarno i wesoło, rozbrzmiewała też muzyka. Śliczna “Driada” mijała nie tylko malownicze widoki, ale również liczne barki. Wiele osób wykorzystywało górny pokład do opalania się.

driada2“Driada” – zbudowana Gdańsku w 1960 roku – nie była jedynym statkiem, który woził opolan tego upalnego lata. Jacht “Dar Opola” znali wtedy niemal wszyscy. Na początku lipca jednostka popłynęła w rejs na trasie Sztokholm-Helsinki-Leningrad, a załogę jachtu stanowili głównie opolscy harcerze. Na 20 lipca zaplanowano kolejny rejs, ale już po polskim wybrzeżu Bałtyku. Od 20 lipca na “Darze Opola” szkolić mieli się członkowie opolskich klubów wodnych LPŻ.

Na tym nie koniec, bo jeszcze na przełomie czerwca i lipca specjalnie przystosowana barka “pokoju” popłynęła z Opola do Szczecina. Barka wiozła opolski zespół regionalny oraz wianek, który miał być rzucony do Bałtyku jako symbol związków Opola z polskim morzem.

Uroczyste przekazanie uplecionych kwiatów odbyło się w porcie szczecińskim przy Wałach Chrobrego. W imieniu prezydium Miejskiej Rady Narodowej z Opola i komitetu “Dni Opola” wianek wręczyła Krystyna Konopacka – Csala, wieloletni kierownik literacki Państwowego Teatru Ziemi Opolskiej.

W tym czasie “Driada” już płynęła do Opola z Wrocławia, gdzie nadal można ją spotkać na Odrze. Kto wie, może warto pomyśleć, aby na 800-lecie miasta ponownie zaprosić ją do Opola?

driada3

Wpis dedykuję Marianowi Kosickiemu, który przed laty zachęcał mnie do pisania o opolskich statkach, a dziś niestety jest już na wiecznej wachcie. Współzałożycielowi Bractwa Mokrego Pokładu i kapitanowi żeglugi śródlądowej obiecuję jednak, że tego lata jeszcze nie raz wybiorę się na rejs po Odrze i to nie tylko na Opolandi.

Gwardia Opola utonęła, a miała być okrętem flagowym

ntoDziś urząd miasta potwierdził oficjalnie to czym w środowisku sportowym mówiło się od dawna. Gmina wespół z sympatykami klubu Gwardia Opole powołała nową spółkę, której zadaniem będzie poprowadzenie klubu w ekstralidze.

Pracownicy Miejskiego Ośrodka Sportu i Rekreacji zamienili się obecnie w prezesów i umowy mogą podpisywać sami ze sobą, bo przecież klub ma grać w Okrąglaku, którym zarządza… MOSiR.

Ale to nie jedyny problem, o którym nie sposób zapomnieć. Tym, którzy mają krótką pamięć przypominam 2014 rok i słynny slogan obecnych władz ratusza, że “Gwardia Opole, Orlik Opole i Odra Opole to nasze okręty flagowe”. Jeśli tak, to właśnie jeden z nich zatonął i jakoś niespecjalnie głośno o przyczynach tej katastrofy.

Trudno uwierzyć, że brakowało pieniędzy, bo przecież w 2015 i 2016 roku w klub wpompowano spore fundusze z budżetu miasta. Ktoś te dotacje przyznawał, ktoś opiniował wnioski i musiał znać sytuację finansową Gwardii.

Nie wiem, kto winien, pewnie wielu winnych jest w klubie. Fakt jest jednak taki, że po dawnej Gwardii Opole zostaną spore długi, bo przecież gdyby ich nie było, nikt o zdrowych zmysłach nie rzucałby koła ratunkowego w postaci nowej spółki.

Kibice się cieszą, bo będą mogli nadal oglądać piłkarzy ręcznych na niezłym poziomie, ale warto poszukać odpowiedzi na pytanie, jak doszło do obecnej sytuacji? Dlaczego przez wiele miesięcy przymykano oczy na problemy finansowe klubu. Przydałby się zewnętrzny audyt w wydziale sportu urzędu miasta, a przynajmniej kontrola ze strony komisji rewizyjnej rady miasta.

Powoływanie nowej spółki sportowej i pozostawianie długów w starej ma w Opolu bardzo długą tradycję. Tyle, że obecna władza obiecywała nam nowe standardy i zerwanie z chałupnictwem, którego w opolskim sporcie od lat jest bardzo dużo.

W przypadku Gwardii Opole młodym wilczkom z ratusza coś się ewidentnie nie udało. Kolejna konferencja prasowa pod Okrąglakiem tej wpadki nie przykryje.

Każdy w Opolu chciał zobaczyć “Pana Wołodyjowskiego”

wołodyjowskiPremiera superprodukcji odbyła się 27 marca 1969 roku w kinie “Kraków” i co ciekawe dzień wcześniej niż w Warszawie. Uroczysty pokaz połączono z rozpoczęciem słynnego turnieju o Szablę Wołodyjowskiego, który wtedy rozegrano w opolskim Okrąglaku.

Dlatego zanim wypełniona po brzegi sala zobaczyła blisko trzy godzinny film, do kina wprowadzono reprezentacje szermierzy z Polski, ZSRR, Włoch, USA i Węgier, które powitał Józef Niwiński, dyrektor Wojewódzkiego Zarządu Kin w Opolu. Na sali – mieszczącej wtedy ponad 600 osób – był również słynny polski szermierz Jerzy Pawłowski.

Zwykli opolanie po raz pierwszy film zobaczyli dopiero dzień później, o ile udało im się zdobyć bilety. Niezwykle widowiskową ekranizację powieści Henryka Sienkiewicza zrealizowano nie tylko z wielkim rozmachem. Zapewniono jej też niespotykaną akcję promocyjną m.in. poprzez montaż wielkich tablic reklamowych na ulicach Opola.

Film – wtedy wart astronomiczną kwotę 40 milionów złotych – miał być państwowym sukcesem. I był, ale jednocześnie opolanie skarżyli się m.in. na to, że grany jest wyłącznie w jednym kinie. Były też publiczne prośby o obniżenie limitu wieku, gdyż wielu rodziców odchodziło z przysłowiowym kwitkiem. Naczelny Zarząd Kin z Warszawy był jednak w tej sprawie nieubłagany i niezmiennie zalecał, aby “Pana Wołodyjowskiego” oglądały dzieci w wieku minimum 14 lat. Powodem miały być niektóre sceny m.in. nabijanie na pal Azji, w którego rolę wcielił się Daniel Olbrychski.

wolo3W Opolu pojawili się również aktorzy filmowi. W połowie kwietnia zorganizowano wieczorne spotkanie z Markiem Perepeczko, Ireną Karel i Barbarą Brylską. Znów do kina “Kraków” – wtedy największego i najnowocześniejszego w Opolu – nie można było się dopchać.

Inne kina: “Stylowe”, “Odra”, “Kosmos”, czy “Bolko”, a nawet sezonowe “Ogrodowe” też były wypełnione. Mimo, że w nich “Pana Wołodyjowskiego” wówczas nie grano.

Z Opola jedną z 70 kopii filmu, jakie wówczas krążyły po Polsce, skierowano na początku maja do kina w centrum Brzegu.

Tam oczywiście też były tłumy na seansach.

Z wizytą w cementowni Piast

cementowniaDostałem dziś kopię zdjęcia, które trafiło do miejskiej biblioteki podczas tzw. akcji Rondo, gdy zbierano materiały fotograficzne na temat placu Konstytucji 3 Maja.

Tyle, że zdjęcia obok – wykonanego przez nieznanego mi autora – nie można było przypasować do żadnego budynku na Rondzie. Tylko napis na murze – kazał przypuszczać, że fotografię wykonano pomiędzy 1958, a 1966 rokiem, kiedy hucznie obchodzono Tysiąclecie Państwa Polskiego.

Charakterystyczny budynek nie dawał mi spokoju. Nie mogłem się uwolnić od wrażenia, że na zdjęciu widzimy wejście do jednego z zakładów pracy w czasach PRL.

Fotograficzne pamięć chyba mnie nie zawiodła. Budynek jest identyczny do tego, który przed laty witał pracowników cementowni Piast, a wcześniej niemieckiej wytwórni cementu “Stadt Oppeln”.

Co ciekawe w tym roku zakład obchodziłby piękną rocznicę 110 lat od chwili uruchomienia. Ze względu jednak na jego lokalizację i wyczerpanie się złoża formalnie cementownię zamknięto w 1978 roku, choć tak po prawdzie ostatni worek cementu wyjechał z terenów przy obecnej ulicy Wapiennej zimą 1977 roku.

Niewiele zostało nam z cementowni Piast, a coraz mniej opolan pamięta, że kamionka to dawne wyrobisko, gdzie nadal drzemią pozostałości zakładu, który przez lata pomagał w rozwoju miasta.

Bo choć pylił przy tym niemiłosiernie i spędzał sen z powiek mieszkańcom, to warto również pamiętać, że bez boomu cementowego z przełomu XIX i XX wieku dawne Oppeln byłoby dużo uboższym miastem.

Telewizja pisze historię festiwalu na nowo

festiwalW tym roku po raz pierwszy w historii festiwal trwa cztery dni – poinformowała niedawno Telewizja Polska, a za nią również władze miasta.

Niestety bzdurę powieliło wiele mediów, a co gorsza uwierzyli w nią także niektórzy opolanie.

I dlatego się odzywam, bo w sprostowanie ze strony “telewizorów” nie wierzę. Tymczasem impreza – która ma za sobą ponad 50-letnią historię – wielokrotnie trwała dłużej niż trzy dni, a całe miasto żyło festiwalem.

Dawniej – czego też pewnie nowe ekipa w TVP nie pamięta – na festiwalu  było więcej bisów, które niemal całkowicie wymarły, kiedy impreza z święta polskiej piosenki stała się telewizyjnym show, a te wymaga tempa i ścisłego trzymania się ramówki.

Żeby było jasne. Nie narzekam, że festiwal będzie transmitowany w publicznej telewizji. Zdążyłem się do tego przyzwyczaić. Chciałbym jednak, aby przedstawiciele TVP i ratusza również szanowali historię miasta i imprezy, a nie pisali ją na nowo tylko po to, aby na siłę pokazać jacy są innowacyjni.

Nie są, za to świadomie lub nie wypromowali kłamstwo, które  ma to do siebie, że powtarzane wielokrotnie staje się prawdą.

No chyba, że czwarty dzień wszystkim nam się przyśnił. I to wcale nie jest takie nieprawdopodobne – bo choć telewizja planowała koncert alternatywny od marca to na plakaty festiwalowe – których teraz sporo w Opolu – jakoś się nie zmieścił.

Urodził się w Oppeln, wrócił do Opola

dzierzonaDziś w Galerii Sztuki Współczesnej o godzinie 18 otwarcie wystawy Ben Muthofera. Cieszę się z niej z dwóch powodów. Po pierwsze dlatego, że to opolanin, który po wielu latach wraca do miasta i nie dlatego, żeby wspominać, ale by pokazać, z czego znany jest na świecie.

Po drugie losy artysty pokazują, jak poplątana i fascynująca jest historia miasta, gdzie żyli i żyją Polacy, Niemcy oraz Ślązacy.

Zapraszam nie tylko na wystawę, będzie można ją oglądać do 26 czerwca, ale również do przeczytania świetnego tekstu dr Joanny Filipczyk z Muzeum Śląska Opolskiego, która poznała historię artysty.

 

Ben Muthofer urodził się jako Norbert Musiolik 8 lipca 1937 r. w niemieckim mieście, noszącym wówczas nazwę Oppeln, na ulicy, nazwanej wtedy od nazwiska wybitnego burmistrza tego miasta, Goretzkistrasse. Kamienica, w której na trzecim piętrze przyszedł na świat, stoi niemal niezmieniona do dziś (na zdjęciu) przy ulicy ks. Jana Dzierżona w Opolu.
Wkrótce po urodzeniu Norbert Musiolik stał się Norbertem Muthoferem – w gęstniejącej atmosferze hitlerowskiego nazizmu cała rodzina zmuszona została do zmiany nazwiska na brzmiące „bardziej niemiecko”. Jaki był rodowód nowego nazwiska, dlaczego ojciec Norberta, urodzony w Katowicach (Kattowitz) Gerhard Musiolik, przyjął właśnie takie – nie wiadomo. Jako nauczyciel, Gerhard Musiolik, musiał również wykazać „aryjskość” pochodzenia – nie tylko swojego, ale także zaślubionej przez niego Marii z domu Bega.

Dzięki zebranym na tę przymusową okoliczność dokumentom, przechowywanym do dziś przez Bena Muthofera, zajrzeć możemy do dawno minionego świata przedwojennych mieszkańców Górnego Śląska. Świadectwa chrztów z kościoła Świętego Krzyża w Opolu dokumentują narodziny członków rodziny matki – opolskich rzemieślników [zanotowano nawet określenia ich zawodów – Seiler (powroźnik), Leinweber (płóciennik), Bőttcher (bednarz)] – od 1772 r.

W pisanych w części po polsku, w części po niemiecku dokumentach kościelnych zebranych na wschodzie Górnego Śląska odnajdujemy strzępy historii rodziny ze strony ojca. Staroświeckim urzędowym językiem zanotowano na przykład, że 25 listopada 1913 r. „wycużniczka wdowa Karolina Musiolikowa […] umarła w Wilkowyjach w jej własnem pomieszkaniu” albo, że 2 listopada 1905 r. w Katowicach przed urzędnikiem stanu cywilnego stawił się „starszy listonosz Józef Musiolik […] i zeznał, że Maria Musiolik z domu Plachta, jego żona […] urodziła 31 października 1905 przed południem kwadrans na szóstą dziecko płci męskiej”.

W mieście urodzenia Norbert zdążył jeszcze podjąć naukę w niedawno zbudowanej, położonej niedaleko domu szkole, której pierwotnego patrona Friedricha Eberta szybko zastąpiono Adolfem Hitlerem. Zaczął zdobywać pierwsze życiowe umiejętności: („chodziliśmy na plażę nad Odrą, gdzie próbowałem uczyć się pływać, ale nauczyłem się dopiero w Meiningen nad Werrą”). Poza tym z Oppeln zapamiętał niewiele: wygodne, nowoczesne mieszkanie w kamienicy należącej do rodziny matki, widziany z okna tego mieszkania brunatny tłum, z czerwonymi flagami ozdobionymi hakenkreuzem, ciągnący pobliską ulicą i dramatyczną ucieczkę w mroźny i śnieżny styczniowy dzień 1945 r. Już bez ojca, który zmarł w wieku 36 lat w 1941 r., pozostawiając żonę z czterema małymi synami.

Powojenna odyseja Muthoferów trwała kilka lat. Rodzina trafiła najpierw do Meiningen w Turyngii, które po podziale Niemiec na dwa państwa w 1949 r. znalazło się w Niemieckiej Republice Demokratycznej. W 1952 r. w Erfurcie młody Muthofer rozpoczął trwającą trzy lata naukę zawodu dekoratora („byliśmy wychowywani w duchu pruskim, powinniśmy byli studiować, ale najpierw należało zdobyć konkretny fach”). Po ucieczce wraz z całą rodziną do zachodnich Niemiec, co miało miejsce w 1953 r., kontynuował naukę w Bielefeld, gdzie następnie ukończył średnią szkołę rzemiosła artystycznego. Wspominał: („wiele rzeczy w NRD było gorszych, ale kształcenie w szkołach średnich i na uniwersytetach w tym czasie było lepsze na wschodzie niż na zachodzie”).

Po maturze w 1958 r. Muthofer postanowił rozwijać swoje zainteresowania w akademii sztuk pięknych. Egzaminy na kierunek malarstwo zdał równolegle w dwóch uczelniach – w Stuttgarcie i Monachium. Wybrał Monachium. Tam spotkał profesora Ernsta Geitlingera. Wielokrotnie podkreślał, jaką rolę odegrał w jego życiu. Ernst Geitlinger (1895-1972) – malarz, należący do ważniejszych powojennych niemieckich twórców, mieszkający przez pewien czas w Nowym Jorku, propagator nowoczesności i abstrakcji – stał się mistrzem, później także przyjacielem. Nauka u Geitlingera z pewnością przyczyniła się do obrania przez młodego artystę drogi sztuki konkretnej, nieprzedstawiającej. Co więcej, kilka lat po odbytych przez Muthofera sześcioletnich studiach w monachijskiej akademii (1958-1964), to właśnie profesor namówił swego ucznia do wyjazdu do Stanów Zjednoczonych: („Geitlinger powiedział mi, że muszę wyjechać z tej małej, wygodnej Bawarii i jechać do Ameryki”).

Od „czasów amerykańskich” Norbert Muthofer stał się Benem Muthoferem. Stwierdził: („Amerykanie nie umieli wypowiedzieć mojego imienia”). Lata spędzone w USA (1967-1975) były bardzo intensywne. Muthofer skoncentrował się na rzeźbie, zdobywając doświadczenie m.in. we współpracy z Alexandrem Calderem nad wielkimi formami plenerowymi. Także w Ameryce spotkał mistrza sztuki origami, co sam określa dziś jako jedno z istotnych źródeł swojej sztuki. Oprócz twórczości artystycznej Ben Muthofer zajmował się w Ameryce przez kilka lat pracą pedagogiczną jako visiting profesor na Uniwersytecie Waszyngtona w St. Louis.

Po powrocie do Niemiec Ben Muthofer mógł urządzić swoje pierwsze prawdziwe rzeźbiarskie atelier w Kirn w Dolnej Bawarii: („za pieniądze ze sprzedaży dużej rzeźby do jednego z muzeów w USA mogłem zakupić budynek starej szkoły”). W latach 70., 80. i 90. XX w. zrealizował tam wiele swoich projektów. Te monumentalne, konstruktywistyczne rzeźby plenerowe z malowanego na biało metalu odnaleźć możemy w przestrzeniach publicznych Monachium, Mannheimu, Ingolstadtu i innych niemieckich miast.

muthofer

Ben Muthofer jest przekonany, że podróże i poznawanie ludzi w życiu każdego twórczego człowieka są koniecznością. Bez nich nie ma mowy o rozwoju artystycznym, a dłuższe trwanie w jednym miejscu powoduje stagnację. Dlatego w 1988 r., po kilkunastu latach spędzonych w Bawarii, po raz kolejny postanowił spróbować żyć i tworzyć w innym miejscu. Przez cztery lata pracował jako profesor w akademii sztuk pięknych w Rejkjaviku („Islandczycy okazali się ludźmi niezwykle praktycznymi, a ja mogłem kształtować program nauczania sam, bez tej niemieckiej administracji i biurokracji”).

Od lat 90. XX w. Ben Muthofer dzieli życie pomiędzy swe rzeźbiarskie pracownie w piemonckim Vignone a bawarskim Ingolstadcie. Stwierdza: („przede wszystkim jestem Europejczykiem, potem dopiero – Niemcem”). Wciąż tworzy, a jego prace znajdują się m.in. w Museum für Konkrete Kunst w Ingolstadcie, Bayerischen Staatsgemäldesammlungen w Monachium, Museo d’Arte Moderna we Florencji czy w Museum of Fine Art w St. Louis, a w Polsce – w Muzeum Sztuki w Łodzi. Rzeźby Muthofera znalazły się także w kolekcji europejskiej sztuki postkonstruktywistycznej, zgromadzonej w Hünfeld przez Gerharda Jürgena Bluma-Kwiatkowskiego, z którym łączyła Musiolika-Muthofera niezwykła równoległość życiorysów artystów, urodzonych na pograniczu kultur.

Ben Muthofer, dawny Norbert Musiolik, zapytany o wpływ swego miejsca urodzenia na dalsze życie odpowiada: „nie jestem dumny, że jestem Ślązakiem, bo nie powinno się być dumnym z czegoś, na co nie ma się wpływu, ale cieszę się, że tak jest […], gdybym był młodszy, może nawet wróciłbym tu […], w młodości nie jest się przywiązanym do tego miejsca, pod koniec życia wraca się do korzeni”.

Westa, czyli ostatni niedźwiedź z Opola

zoolodzLubiła objadać się słodkimi owocami, a większość dnia przesypiała. Była ostatnim niedźwiedziem, jakiego można było oglądać w zoo na wyspie Bolko. I na razie nic nie wskazuje na to, aby w najbliższym czasie przybył jej następca.

Niedźwiedzica Westa przypomniała mi się, gdy w internecie zobaczyłem kolejny materiał o niedźwiadku Cisna, którego uratowano w Bieszczadach, a następnie przewieziono do zoo w Poznaniu.

Cisna do Opola nigdy trafić nie mogła. Po pierwsze nie mamy na Bolko azylu dla dzikich zwierząt, po drugie od 1997 roku nie ma już odpowiednich warunków, aby hodować niedźwiedzie.

Westa – która wyjechała do zoo w Łodzi w czasie wielkiej powodzi – była nie tylko ostatnim niedźwiedziem w naszym zoo, ale również ostatnim niedźwiedziem himalajskim. Dziś aby pokazywać takie zwierzęta w godziwych warunkach trzeba sporo miejsca, a tego w zoo aż tak dużo nie ma.

Szkoda, bo w Opolu te piękne zwierzęta można było oglądać wiele lat. Co więcej w 1959 r. po raz pierwszy w Polsce niedźwiedzie himalajskie urodziły się właśnie w zoo na wyspie Bolko. Potem tych przychówków było więcej, a bywały czasy, że w ogrodzie mieszkało kilka niedźwiadków i młode sprzedawano do cyrków.

Obecnie tego typu praktyki zanikły, zmieniło się również postrzeganie ogrodu. Zoo nie polega tylko na prezentowaniu i hodowaniu zwierząt, ale przede wszystkim na edukacji i zachowaniu gatunków, zagrożonych wyginięciem.

Tymczasem w Polsce niedźwiedzi brunatnych ostatnio przybywa, a i himalajskie można spotkać w ogrodach zoologicznych znacznie częściej niż kiedyś. Niestety nie ma już wśród nich Westy, która padła w styczniu 2015 roku w wieku 41 lat. Wiele z tych lat spędziła w Opolu, miała też sporo młodych i niewykluczone, że w innych ogrodach wciąż żyje jej potomostwo.

U nas na takie zwierzęta nadal czekamy i pewnie kiedyś się ich doczekamy. W Zoo myśli się jednak o dużo mniejszych i rzadszych niedźwiedziach np. malajskich lub okularowych.

Są równie piękne, ale też równie groźne i lepiej nie myśleć o nich w kategorii “fajne misie”. Te są głównie w bajkach.