platforma blogowa portalu nowa trybuna opolska

Opole w Stars and Stripes

To chyba jedyny taki przypadek w historii, gdy czołówce amerykańskiego dziennika wylądowała informacja z… Opola. Bitwę o Festung Oppeln odnotowała bowiem słynna gazeta Stars and Stripes.

Dla tych, którzy nie wiedzą wyjaśniam, że gazeta powstała jeszcze w czasie wojny secesyjnej, a podczas II wojny światowej była chyba u szczytu potęgi i to z niej amerykańscy żołnierze dowiedzieli się np. o śmierci Adolfa Hitlera.

Trzy miesiące wcześniej, bo 25 stycznia 1945 r. Stars and Stripes informował na pierwszej stronie o uderzeniu Rosjan na Opole. I nie było w tym nic dziwnego. Oppeln było wówczas nie tylko miejscem do życia ponad 50 tysięcy osób, ale i ważnym punktem komunikacyjnym, a także miejscem, gdzie funkcjonowało wiele urzędów rejencyjnych.  Poza tym Opole było ogłoszone twierdzą, choć więcej w tym sformułowaniu było hitlerowskiej propagandy niż realnej oceny możliwości obronnych miasta.

Co ciekawe zdobycie Opola dzień wcześniej wyróżniono także w rozkazie nr 251 Wodza Naczelnego Armii Radzieckiej, w którym czytamy: ” Wojska I Frontu Ukraińskiego w rezulatacie silnego uderzenia wojsk pancernych i piechoty zajęły w dniu dzisiejszym bardzo ważne centrum przemysłu wroga i twierdzę Opole, ważny punkt drogowy i kolejowy – jeden z węzłów obrony nieprzyjaciela nad Odrą. Dziś, 24 stycznia, stolica naszego kraju, Moskwa, w imieniu Ojczyzny salutować będzie wojska I Frontu Ukraińskiego 20 salwami z 22o dział”.

O tym, że front przepołowił miasto na pół i trwał tak przez osiem tygodni, w radzieckim rozkazie nie było już ani słowa.

Festung Oppeln była pomyłką

Festung Oppeln miała miała się bronić co najmniej kilka miesięcy. Nie było na to żadnych szans, nawet gdyby Niemcy jakiśmy cudem ściągnęli do obrony twierdzy kilka dywizji.

Czytaj dalej…

Festung Oppeln obok nas

Wydawać by się mogło, że po 67 latach od upadku Festung Oppeln nic po niej nie zostało. Wprawdzie czas robi swoje, ale nadal, spacerując po Opolu, można spotkać nie tylko ślady po pociskach.

Czytaj dalej…

Twierdza była jak wyrok śmierci

- Gdy chciałem przedostać się na wyspę Bolko, usłyszałem twarde “halt”. Od strażników dowiedziałem się, że Opola bez wyraźnego
rozkazu nie może opuścić żaden żołnierz, a miasto ogłoszono twierdzą. Za długo byłem na wojnie, żeby nie wiedzieć, że to oznacza wyrok śmierci - opowiada Alojzy Mrochen, opolanin i żołnierz Wermachtu, który uciekł z Festung Oppeln niemal tuż przed jej upadkiem.

Czytaj dalej…

Speer i Schörner w Festung Oppeln

Do spotkania Alberta Speer’a , ministra uzbrojenia i amunicji III Rzeszy oraz Ferdinanda Schörnera, dowódcy niemieckiej grupy Armii A  doszło 21 stycznia 1945 roku. O czym rozmawiano?

Na pewno nie tylko o obronie samego Opola, ale o sytuacji na całym, przemysłowym Górnym Śląsku, którego utrata oznaczała nokautujący cios dla niemieckiej gospodarki.

Ferdinand Schörner (na zdjęciu obok) – choć wyjątkowo bezwzględny i zdecydowany  - nie był cudotwórcą. Zimą 1945 roku nie miał wystarczającej liczby żołnierzy i sprzętu aby nie tylko w Opolu ale i na całym Śląsku zatrzymać radziecki walec. Jedyne co mógł, to cofać się i opóźniać działania Rosjan.

Spotkanie w nieistniejącym hotelu Form na ówczesnej Hindenburgstrasse (Krakowska) musiało nie trwać długo. Obaj panowie dobrze wiedzieli, że wojna przez Niemcy jest przegrana i do końca III Rzeszy zostały miesiące. Mimo to pełnili swoje role do końca. Schörner, który do Opola wycofał się z sztabem armii A, zbeształ dowódcę Festung Oppeln za kiepskie przygotowanie twierdzy do obrony i stan żołnierzy na posterunkach, które mijał po drodze.

Co więcej – podczas swojego procesu po wojnie – Schörner miał stwierdzić, że Friedrich Albrecht von Pfeil (pierwszy dowódca twierdzy, który w nocy z 21 na 22 stycznia popełnił samobójstwo) bawił się w jednej z kawiarni, w towarzystwie kobiet, gdy Rosjanie byli ledwie kilka kilometrów od granic miasta. Wprawdzie podkomendni von Pfeil’a starali się potem bronić jego dobrego imienia, twierdząc, że Schörner kłamie, ale dziś trudno już dociec jak było naprawdę.

Gdy 23 stycznia radzieccy żołnierze zajmowali pierwsze budynki w Opolu ani Speer’a, a Schörnera już dawno w mieście nie było. Co ciekawe obaj przeżyli wojnę i po pobycie w więzieniu dożyli w Niemczech późnej starości.

A oto jak widzi to spotkanie profesor dr hab Damian Jerzy Tomczyk, specjalizujący się historii działań wojennych na obecnej Opolszczyźnie w 1945 roku. Z profesorem – na stałe mieszkającym pod Częstochową – spotkałem się kilka dni temu w Opolu:

YouTube Preview Image

Tydzień z Festung Oppeln

24 stycznia 1945 roku w prawobrzeżnej części Opola dogasały ostatnie walki. Pod naporem Rosjan Niemcy wycofali się na zachodni brzeg Odry i tą część miasta zajmowali aż drugiej połowy marca, gdy ruszyła kolejna, radziecka ofensywa.

Wokół krótkiej obrony Festung Oppeln narosło wiele mitów. Nawet dziś w 67 rocznicę tych wydarzeń w Opolu można spotkać osoby, wciąż mówiące bzdury o “wyzwoleniu” miasta oraz o “zaciekłej obronie grup z SS w ścisłym centrum”.

Już kilka razy pisałem o Festung Oppeln. Mimo to wciąż mam ogromny niedosyt wiedzy na ten temat. Staram się z nim zmierzyć i wszędzie gdzie się tylko da, szukać informacji o tym, co tak naprawdę wydarzyło się w Opolu.

Na razie to istne Szumy zlepyciągi ale wydaje mi się, że kolejna rocznica to dobry moment, aby te ciekawostki, a także zagadki pokazać, przypomnieć a czasem i coś nowego na ten temat napisać.

Tydzień z Festung Oppeln zaczynam dziś.  Zapraszam na codzienne wycieczki do mroźnego 1945 roku.

I znów o żłobkach

Obiecywałem sobie, że o żłobkach już więcej na blogu nie napiszę. Eksploatowałem ten temat od trzech lat, aż  córka – która nigdy nawet nie widziała nawet muru miejskiego żłobka – dostała się w wielkich bólach do przedszkola.

Wrócić do tematu dzieci jednak muszą. Gdy dwa dni temu przeczytałem prezydencką opinię do uchwały o pomyśle obniżki opłat w żłobkach, to najpierw uśmiechnąłem się, ale potem pomyślałem, że ludzie mogą w tę opinię uwierzyć.

W opinii – dołączonej do uchwały radnych SLD – czytamy, że miasta na tańsze żłobki nie stać. Jako kolejny argument przeciwko pomysłowi podaje się fakt, że w grudniu budżet Opola został uchwalony i teraz nie czas go zmieniać.

Porównajmy pewne liczby. Sam ratusz szacuje, że tańsze żłobki kosztowałby budżet miasta mniej niż pół miliona złotych rocznie. Dużo? Dla mnie nie. Więcej kosztować będzie Opole zorganizowanie mety jednego etapu wyścigu Tour de Pologne (impreza potrwa jeden dzień!) czy np. trzeci dzień festiwalu, który miasto znów przygotuje samodzielnie.

Skoro budżet stać, aby w 2012 roku w różny sposób (zakupy, remonty) wesprzeć m.in. państwową straż pożarną kwotą pół miliona złotych, skoro stać na dotację dla Muzeum Jeńców Wojennych (a ta instytucja nie jest jednostką miejską) oraz wspieranie remontów zabytkowych, ale jednak prywatnych kamienic to jak można pisać, że nie stać budżetu na nieco tańsze żłobki?

Kompromitujące jest argumentowanie, że budżetu miasta jeszcze zmieniać nie można. Prezydent jakoś w dziwny sposób zapomniał, że budżet zmienia i koryguje rocznie co najmniej dwanaście razy, bo na każdej sesji rady przedstawia jego korektę. Co ciekawe na styczniowej sesji – na której uchwała o żłobka najpewniej przepadnie – stosowna korekta też się pojawi.

Rację ma prezydent w jednym, choć niestety tego w opinii nie ma. Nieco tańsze żłobki to za mało, aby dzieci rodziło się w Opolu więcej. Być może jest nawet tak – a bardzo często słyszę takie opinie w ratuszu – że miasto nic w tej sprawie zrobić nie może. Że to przecież tendencje ogólnopolskie i od problemów demograficznych jest państwo.

Tyle, że w ten sposób można się wyłagać od niemal wszystkiego, z czym ktoś sobie nie radzi.

I można tak dalej mówić, podobnie jak dyskutować o miejskiej polityce prorodzinnej, która w Opolu na razie nie istnieje. Choć słyszę o niej od co najmniej kilku lat.

Opolanin cudem ocalony z Holocaustu

Tadeusz Iger w Opolu znany jest głównie ze swej ogromnej kolekcji cennych monet. Ale jest też coś w jego życiu, o czym rzadko komu opowiadał. Numizmatyk był jednym z dzieci Holocaustu.

Jego losy przypomniały mi się, gdy zobaczyłem pierwszy fragment filmu Agnieszki Holland „W ciemności”, opowiadającego historię Żydów ukrywających się w lwowskich kanałach. Tymczasem Iger – w Opolu znany też jako znakomity dentysta – w czasie II wojny światowej również ukrywał się. I jak sam przyznał, tylko jakiś cud pozwolił mu przeżyć.

Urodził się 2 stycznia 1941 roku w Czortkowie (obecnie Ukraina, przed II wojną światową miasto należące do Polski) w średnio zamożnej żydowskiej rodzinie. Jego ojciec był technikiem dentystycznym, a mama córką ubogiego krawca. Na tyle ubogiego, że aby mogło dojść do małżeństwa – Joel Iger zbiera po cichu na posag dla Klary, swojej przyszłej żony.

W lipcu 1941 r. do Czortkowa wkraczają Niemcy, niecały rok później powstaje getto dla Żydów, do którego trafia cała rodzina Igerów. W budynkach znajdujących się w obrębie sześciu ulic stłoczono prawie siedem tysięcy osób, a to powodowało, że w jednym mieszkaniu żyły dwie lub trzy rodziny. Ale nie to było najgorsze. Żydów dziesiątkował głód, choroby i policja ukraińska.

W czerwcu 1943 roku – gdy getto zostaje ostatecznie zlikwidowane przez Niemców – zamordowani zostają Chaja Iger – babcia, Natan Iger (wujek) oraz rodzice mamy. Z kolei Klara i Joel Igerowie trafiają razem z 2,5-letnim Tadeuszem do obozu pracy w Świdowie, gdzie wyrabiano kauczuk. Na razie są potrzebni III Rzeszy. 20 stycznia 1944 roku ginie mama Tadeusza. Zastrzelił ją ukraiński policjant, kolega ojca Igera sprzed wojny. I to wówczas – jak wspominał Tadeusz Iger – po raz pierwszy cud uratował mu życie. Mama wsunęła go bowiem pod łóżko, gdy zobaczyła zbliżających się Ukraińców, a ci nie sprawdzili dokładnie pokoju.

Drugi cud wydarzył się także w 1944 roku.

Do szopy zaprzyjaźnionego pasterza, w której zostawił go ojciec, gdy poszedł do pracy, weszli Ukraińcy. 3-letni Iger opowiedział im, kim jest i poprosił – jak uczył ojciec – aby go nie zabijać. Policjant oszczędził go, ale zastrzelił innego chłopca. Igerowi jeszcze wiele lat po wojnie śniła się ta scena…

Któregoś dnia szczęście znów uśmiechnęło się do ojca i syna. Ślązak Paweł Tomanek, służący w Wehrmachcie, ostrzegł ojca Igera, że niebawem obóz będzie zlikwidowany, a Żydzi rozstrzelani. Joel Iger zdecydował się na ucieczkę do wsi, w której się urodził.

W Rożanówce miejscowi chłopi, często dawni koledzy ojca, pomogli uciekinierom. Igerowie mieszkali jednak nie w domach, ale w jamach wykopanych w pobliskim lesie. I to tam – jak opowiadał Tadeusz Iger – znów mieli wiele szczęścia. Niemiecki patrol był zaledwie kilka metrów od ich kryjówki, a mimo to nie spostrzegł jej. Ukrywanie skończyło się pod koniec marca 1944 r., gdy do Czortkowa znów wkroczyli Rosjanie.

W lutym 1946 r. Joel i Tadeusz Igerowie jako repatrianci przyjeżdżają do Opola. Ojciec Tadeusza – zadeklarowany komunista – zostaje najpierw szefem Komitetu Żydowskiego, a potem szefem wojewódzkiego okręgu Związku Pracowników Służby Zdrowia. Poznaje też drugą żonę Elfrydę Niesporek, o której Iger mówił, że była jego drugą matką.

Już w Opolu Iger kilka razy przekonuje się, że bycie Żydem – nawet niepraktykującym – także po zakończeniu wojny nie jest łatwe. W pamięci utkwiło mu m.in. zdarzenie ze szkoły podstawowej, gdy nauczycielka wyprosiła go z lekcji religii, mówiąc, że „jest Żydkiem”.

Efekt był taki, że Iger – któremu od tamtej pory dzieci mocno dokuczały – musiał zmienić szkołę. Mimo to bez większych problemów skończył liceum, a potem dwuletnią szkołę pomaturalną techników dentystycznych i stomatologię na Akademii Medycznej w Warszawie.

Epilog. Tadeusz Iger zmarł w marcu 2010 roku w Opolu w swoim mieszkaniu. Nie wiadomo jeszcze, gdzie trafi jego kolekcja monet. Film Agnieszki Holland ma niebawem walczyć o Oscara.

Dziękuję Stowarzyszeniu Dzieci Holocaustu za udostępnienie wspomnień Tadeusza Igera.

Pamiętajcie o Śmietańskim

Był jednym z najwybitniejszych powojennych fotografów Opola. Znany, wielokrotnie nagradzany i bardzo lubiany. Zniszczył go nałóg, tak jak potem zniszczono jego zdjęcia. W tym roku mija 20 lat od śmierci Adama Śmietańskiego.

Do Opola los przywiódł go w 1945 roku. Przyjechał z Brzeżan na dzisiejszej Ukrainie wraz z jednym z transportów polskich przesiedleńców. Nowe atelier, zakład na Wschodzie Śmietański musiał opuścić, otwiera jesienią w nieistniejącym już budynku na ulicy Krakowskiej 30a (dziś stoją tam społemowskie Delikatesy). „Wrzos” mimo istniejącej konkurencji innych zakładów, szybko zyskuje renomę, a do teraz w domach wielu opolan są jeszcze fotografie z charakterystycznymi faksymiliami „Foto-Wrzos”. Ale 26-letni Śmietański jest też reportażystą, znakomitym obserwatorem życia miasta i regionu.

Takim, który już od pierwszych dni pobytu w Opolu, utrwala na kliszach ślady zniszczeń wojennych, a potem także etapy odbudowy miasta. Przez lata fotografiami Śmietańskiego ilustrowano wiele czasopism, albumów i dziś dzieje się tak nadal, bo jego zdjęcia można zobaczyć np. w słynnym albumie „Opole, 150 lat fotografii”.
Śmietański jest w czołówce ówczesnych opolskich fotografików tuż obok taki nazwisk jak Leonard Olejnik, czy Stanisław Bober. W 1947 roku organizują wspólnie pierwszą, powojenną wystawę fotograficzną w Opolu. To na niej pokazane jest m.in. chyba najsłynniejsze zdjęcie Śmietańskiego na którym widać sznur wagonów kolejowych i polskich przesiedleńców jadących do Opola nawet na dachach, obłożonych tym, co udało im się zabrać ze Wschodu.

W kolejnych latach Śmietański wciąż fotografuje i bierze udział w wielu wystawach krajowych i zagranicznych, w tym również w krajach za „żelazną kurtyną”. Zdobywa liczne nagrody i tytuły w tym Artysty Międzynarodowej Federacji Fotografii Artystycznej. Jeden z niemieckich recenzentów czasopisma „Die Fotografie” określa go nawet mianem malarza światła i cienia. Jest znany i lubiany nie tylko w Opolu. Na kolejnej jego słynnej fotografii, widzimy go jak stoi przed swoim zakładem na Krakowskiej, jest wysoki, przystojny i uśmiechnięty.

Wielu pomyśli ten ma fantazję. I nie pomylą się, co potwierdza m.in. fakt, że jako jeden z pierwszych opolan używa prywatnego samochodu, czerwonego chevroleta cabrio. To nim wspólnie ze swoim owczarkiem alzackim Barim, leżącym zazwyczaj na tylnym siedzeniu, objeżdżał nie tylko Opolszczyznę.
Niestety na początku lat 70. – gdy Śmietański ma niewiele ponad 50 lat – zaczyna popadać w alkoholizm. Z wiekiem i kolejnymi latami choroba pogłębia się. Nie pomaga fakt, że w 1977 roku dochodzi do rozbiórki budynku, gdzie od 1945 roku mieścił się zakład fotografa.

Z chorobą zmaga się w samotności w swoim domu na ulicy Śląskiej, często za bezcen wyprzedaje swoje zbiory. Z czasem traci wzrok, nie może już żyć samodzielnie i trafia do specjalistycznego zakładu w Klisinie koło Głubczyc. I to ponoć wówczas sporą cześć jego zbiorów, ktoś barbarzyńsko pali w jego przydomowym ogrodzie.

Umiera 7 grudnia 1992 roku mając 73 lata. Na jego pogrzebie pojawia się dziewięć osób. Joachim Sosnowski – który w latach 90. tych pisał o Śmietańskim, szacuje że do dziś zachowało się zaledwie 10 procent jego fotografii w zbiorach Muzeum Śląska Opolskiego i Galerii Sztuki Współczesnej.

Strasznie mało jak na osobę, która przez kilkadziesiąt lat fotografowała opolan i Opole

Do napisania tego tekstu zainspirował mnie fotograf Sławomir Mielnik, z kolei wielu informacji użyczył Joachim Sosnowski. Dziękuję.

 

Ostatni taki nalot na miasto

Tuż przed Świętami Bożego Narodzenia w 1944 roku na Opole spadły alianckie bomby.

W największym nalocie w historii miasta zginęło około stu osób m.in. dlatego, że jedna z bomb trafiła w hotelu Huch, w którym odbywało się wesele.

W grudniu 1944 r. do zakończenia II wojny światowej w Europie pozostało już tylko pół roku. Wojska niemieckie przegrywały na wszystkich frontach, a rozpoczęta właśnie niemiecka ofensywa w Ardenach niczego zmienić już nie mogła.

Mimo to w niemieckim wówczas Oppeln skutków wojny specjalnie nie odczuwano. Życie toczyło się w miarę normalnie, a pojawiające się na niebie samoloty aliantów najczęściej omijały miasto.

Ale 18 grudnia tuż po godzinie 11 w mieście zawyły syreny, zwiastujące nalot. Około 12.30  samoloty 15. Armii Powietrznej USA zaczęły zrzucać bomby, które ponoć miały zniszczyć mosty na Odrze.

Lotnicy celowali słabo, bo ani Jahrhudertbrücke (obecnie na jego miejscu stoi most Piastowski) i most im. Adolfa Hitlera (w ciągu ulicy Nysy Łużyckiej), nie zostały uszkodzone. Ćwierćtonowe bomby lotnicze trafiły za to pobliskie budynki. Podczas nalotu zniszczono m.in. domy przy Breslauerplatz nr 5, 7, 17 (dzisiejszy pl. Piłsudskiego), a inne domy zostały uszkodzone: na pl. Piłsudskiego, na Inselweg (dziś Ostrówek) i Kräutereistrasse (obecnie Łąkowa).

Zbombardowana też została Nikolaistrasse, czyli obecna ulica Książąt Opolskich od skrzyżowania z dzisiejszą ulicą Kominka do ronda. Alianckie bomby uszkodziły zostały również gmachy rejencji (obecny urząd wojewódzki) i nieistniejący dziś budynek sądu (stał na miejscu wieżowców przy rondzie).

Na ówczesnej Nikolaistrasse doszło do największej tragedii. Bomba trafiła bowiem w hotel Huch, w którym trwało wesele. Zginęło około 40 osób. Łącznie w największym nalocie w historii miasta śmierć poniosło około 100 osób.

Piszę około, bo do dziś nie udało się ustalić ostatecznej liczby, gdyż sami historycy podają liczbę ofiar od 53 do ponad 100. Być może różnice biorą się stąd, że Niemcy, podając oficjalne straty, nie brali pod uwagę robotników przymusowych, którzy mieli także zginąć podczas nalotu.

Co ciekawe Opole tak naprawdę nie było celem nalotu. Amerykanie – którzy przylatywali z baz położonych we Włoszech – mieli zniszczyć zdzieszowicki zakład Schaffgotsch-Benzin, w którym produkowano paliwa syntetyczne, niezbędne do prowadzenia wojny. Opole – jako ważny węzeł komunikacyjny i stolica rejencji – było tylko celem rezerwowym w przypadku, gdy bombowcom nie udawało się zrzucić bomb na rafinerię w Zdzieszowicach, czy Kędzierzynie-Koźlu.

Mosty na Odrze – w które Amerykanie nie trafili – wysadzili dopiero Niemcy w styczniu 1945 roku, aby utrudnić Rosjanom dostęp do Zaodrza, gdzie żołnierze Wehrmachtu bronili się przed czerwonoarmistami do marca 1945 r. Wielu budynków – uszkodzonych lub zniszczonych przez Amerykanów nigdy nie odbudowano. Jak choćby hotelu Huch przy obecnej ulicy Książąt Opolskich. Dziś na jego miejscu stoją niskie bloki.