Znów pogonimy Cenckiewicza?
Dr Sławomir Cenckiewicz odwiedzi na początku września Opole. Przed dwoma laty urząd miasta nie pozwolił mu wystąpić w ratuszu. Teraz zaproszono go m.in. do miejskiej szkoły.
O dr Cenckiewiczu można przeczytać tu. Przez jednych wychwalany za odwagę, przez innych – szczególnie środowisko związane z Gazetą Wyborczą – mieszany z błotem. Prawda pewnie leży pośrodku, ale warto człowieka posłuchać, aby samemu wyrobić sobie opinię, a nie tylko słuchać co mówią o nim inni.
Gdy dwa lata miejska biblioteka próbowała zorganizować spotkanie współautora książki “SB a Lech Wałęsa. Przyczynek do biografii” z opolanami, odwołał je prezydent. Tymczasem teraz historyk wystąpi nie tylko w auli Uniwersytetu przy Oleskiej(czwartek 2 wrzesień godz. 17), ale także w piątek w Liceum nr 3 przy ul. Dubois (spotkanie z uczniami).
Cenckiewicza wygłosi odczyt pt. „Anna Walentynowicz – od niej wszystko się zaczęło”. Nie sądzę, aby przypadkowo zabrakło w jego tytule Lecha Wałęsy.
Odczyty są częścią 30 rocznicy powstania Solidarności. I jak słyszę dzięki temu nikt nie spodziewa się protestów z Wyborczej. Zobaczymy.
Sucharki na miejskich ulicach
Przed tygodniem wróciłem z urlopu i dobry nastrój nie nastrajał do pisania na blogu. Dziś o urlopie już zapomniałem, a sobotni tekst nto o suchych drzewach w Opolu skłania do skreślanie kilku słów.
Urzędnicy miejscy twierdzą bowiem, że problem niebezpiecznie ususzonych konarów wywołują głównie prywatni właściciele, którzy nie dbają o swoje drzewa. Pewnie i tak jest, ale ja przy miejskich ulicach też często spotykam ususzone drzewa, stojące w tzw. pasie drogowym i na pewno należące do miasta. Na dowód zdjęcie z ul. 1 Maja wykonane dziś rano.
Urzędnicy ratusza zamiast tłumaczyć się z sucharów powinni po pierwsze zacząć monitorować stan drzew, po drugie wyciąć ususzone konary i drzewa i wreszcie zmotywować straż miejską do zadzierania głów. Wystarczy bowiem trochę chęci, aby zobaczyć takie drzewa i wlepić wszystkim zarządcom terenów kilka mandatów za dopuszczanie do zagrożenia ludzi i mienia.
Za tego suchara na zdjęciu odpowiada Miejski Zarząd Dróg. Mandat dla dyrektor i to płacony z prywatnej kieszeni to byłoby coś…
Opole też miało swój pałac
Pałacowi Kultury i Nauki w Warszawie stuknęło dziś 55 lat. Opole też miało pałac. Jego drewniana makieta stała na obecnym placu Jana Pawła II.
Zdjęcie obok wykonano w 1953 roku, a przesłał mi je kilka lat temu Jerzy Ładowski. Pan Jerzy obserwował wówczas nasz pałac z wiklinowego koszyka.
Makieta – który podobnie jak warszawski PKiN była pewnie elementem państwowej propagandy – liczyła około 11 metrów wysokości i jak opowiadali mi opolanie, stała do 1956 roku.
Potem ponoć rozebrano ją, bo zagnieździły się w niej szczury.
Wcześniej pałac był dla opolan niesamowitą atrakcją. W dobrym tonie było mieć zdjęcie zrobione na jego tle. W końcu nie każdy – nawet jeśli był przodownikiem pracy – mógł jechać do Warszawy.
Nie udało mi się nigdy ustalić, kto zainicjował postawienie tej makiety na ówczesnym Placu Lenina.
Jeśli ktoś ma więcej informacji zapraszam do dyskusji. Inne zdjęcia pałacu też są mile widziane.
Czy ten pomnik stał w Opolu?
Romuald Kulik poprosił mnie o publikację na blogu zagadkowej pocztówki. Wysłano ją z Opola do Bytomia w XX wieku, ale pan Kulik nadal nie wie – ja zresztą też – czy taki pomnik stał kiedykolwiek w Opolu. Być może – a takie przypadki już były – wysłano pocztówkę z Opola, choć zdjęcie, które przedstawiała wykonano w innym mieście.
W każdym razie zagadka jest, może ktoś znów ją rozwiąże? Zapraszam do dyskusji. Od razu informuję, że pocztówka jest w kiepskim stanie i trudno odczytać napis na pomniku. A pewnie on wiele by wyjaśnił.
Mi pomnik przypomina popiersie von Moltkego, które stało w koszarach przy ulicy Ozimskiej, a którego los pozostaje nieznany. Tyle, że to fałszywy trop. Postać z pomnika nie ma bowiem munduru.
Opryski są jak pospolite ruszenie
Zamieszanie wokół odkomarzania Opola powinno być impulsem dla władza miasta, aby zamiast nalotów z powietrza pomyślały o innych dużo skuteczniejszych metodach. Komary będą z nami zawsze, a nie tylko po powodzi.
Być może już jutro nad Opolem pojawi się śmigłowiec, który rozpyli substancję zwalczającą komary. Wołają o to głośno opolanie, bo w tym roku – właśnie ze względu na powódź – mali krwiopijcy są szczególnie dokuczliwi.
Unieszkodliwienie komarów akcyjnym opryskiem to półśrodek i uważałem tak jeszcze przed nagłośnionym wczoraj protestem ekologów.
Nie łudźmy się. Insekty nie znikną całkowicie. To byłoby groźne dla całego środowiska, a już szczególnie dla takich żyjątek jak żaby i ryby, dla których komary są przysmakiem.
Akcja – największa i najdroższa w historii miasta – pokazuje, że niewiele nasze władze wiedzą o tym, jak można walczyć z komarami. A sposobów – i to niekoniecznie sprowadzających się do chemicznego pryskania miasta – jest sporo.
W pobliskim Wrocławiu od wielu lat działa program naturalnej kontroli komarów. I tam od dawna zarybia się np. miejskie zbiorniki.
Opole do Wrocławia jest o tyle podobne, że też leży nad Odrą i również ma uczelnie wyższe. Warto spróbować wykorzystać potencjał którejś z nich i obrać przemyślaną strategię na wojnę z komarami.
Bo opryski z powietrza – choć efektowne – przypominają mi pospolite ruszenie. A to, jak uczy nasza historia, specjalnie skuteczne nie było.
Muzeum piosenki potrzebuje ratownika. Natychmiast
Klapa konkursu na Muzeum Polskiej Piosenki to kolejny dowód na tezę, że nie warto zatrudniać ludzie bez konkursu i z partyjnego wskazania. A taką osobą jest Małgorzata Klasicka, dyrektor Muzeum Polskiej Piosenki.
O konkursie można przeczytać tu. Na czwartkowej prezentacji jego “wyników” oczekiwałem, że usłyszę, co zrobiono źle. A przynajmniej jakąś szczerą chęć poprawy oraz deklarację chęci ogłoszenia kolejnego postępowania o zmienionych warunkach i wzmocnionej promocji.
Zamiast tego usłyszałem, że decyzja będzie później bo pani dyrektor zapoznaje się z protokołem jury. Litości. Nawet jeśli trzeba było go poprawiać, to nie powód, aby nie podejmować decyzji. Tylko, czy pani dyrektor potrafi działać szybko i sprawnie? Wątpię.
Od samego początku muzeum pod kierownictwem pani Klasickiej – która zna się ale przede wszystkim na jeńcach wojennych – dryfuje, zamiast zadziwiać nas rozmachem i pomysłami. A ja chciałbym i nadal w to wierzę - abyśmy jako opolanie z działalności tego muzeum byli dumni. Aby stało się symbolem takim np. jak nowe Muzeum Powstania Warszawskiego.
Nie wierzę jednak, że pani Klasicka jest stanie tego dokonać. Myślę, że fakt dobrej znajomości z szefem klubu radnych Platformy Obywatelskiej w Opolu powinien przestać mieć znaczenie. Czy tak trudno ogłosić konkurs, do którego będzie mógł stanąć człowiek rzeczywiście zakochany w muzyce ?
Muzeum nie potrzebuje już dyrektora. Potrzebuje ratownika. I to natychmiast.
Nie ma silnych na kierownika
Samochody dosłownie stanęły dziś na ulicach wyspy Pasieki. Tego można było tego uniknąć przy odrobinie dobrej woli . Na razie jej nie widać.
Kierowcy nie mieli jak wyjechać, bo wykonawca amfiteatru – nikogo nie informując – zamknął nagle wyjazd z wyspy od strony Miejskiego Ośrodka Kultury. Teraz niemal wszyscy muszą jechać ulicą 1-maja
Wczoraj z prośbą o ponownie uruchomienie wyjazdu pielgrzymowali na teren budowy dyrektor Miejskiego Zarządu Dróg, a także przedstawiciel wojewody. Nic nie wskórali. Nie pomogły też błagania kierowców, którzy stali na ulicach sparaliżowanej wyspy.
- Nic się nie da zrobić - mówili miejscy urzędnicy - Bo to jest plac budowy.
Nie zgadzam się. Po pierwsze kierownik mógł poczekać z decyzję na otwarcie środkowego odcinka ulicy Piastowskiej, po drugie uruchomić wcześniej zamknięty odcinek ulicy Barlickiego, na którym już dawno zakończyły się prace.
To nadal można zrobić. Tylko trzeba myśleć i chcieć. Bo dziś wygląda na to, że jeden kierownik budowy znaczy więcej niż cała armia urzędników oraz kierowcy stojący w korkach.
Mrożek by tego lepiej nie wymyślił.
I znów drożeje wiadukt na Struga
W czwartek sesja rady miasta. Emocje wywoła zapewne sprawa przeprawy na Struga – Reymonta. Najdroższy w historii miasta wiadukt znów drożeje i radni opozycji słusznie się gorączkują.
Na sesji padnie pewnie wiele ostrych słów, ale merytorycznej dyskusji będzie niewiele. Wątpię również, aby w mediach znalazło się miejsce na podanie szczegółów sporu.
Większość radnych pewnie nawet nie przeczytała tego, co kilka tygodni temu dostała od prezydenta ws. wiaduktu. Dlatego poniżej fragment tego materiału. Wypisano w nim dosyć szczegółowo dlaczego mamy dołożyć aż 1,5 miliona złotych.
Czy to co napisano jest przekonujące? I czy rzeczywiście są to koszty, których nie można było przewidzieć? Zapraszam do dyskusji.
Warto. To nie są bowiem wirtualne pieniądze ale nasze podatki.
Przedstawienie propozycji zmiany wartości zadania (wzrost o 1.500 tys. zł) wynika bezpośrednio z:
- konieczności wykonania dodatkowych prac remontowych wiaduktu żelbetowego. Po dokonaniu odkrywek spodu konstrukcji stwierdzono znaczną porowatość betonu, występowanie rys na konstrukcji wiaduktu, co wiąże się z koniecznością wykonania dodatkowych prac naprawczych nieprzewidzianych dokumentacją podstawową (około 250 tys. zł )
- rzeczywistych jednostek wykonanych robót rozliczonych zgodnie z umową według ilości obmiarowych (przekroczenia obmiarowe). Na obecnym etapie zaawansowania robót występują przekroczenia ilościowo-wartościowe wynikające z rozliczenia poszczególnych elementów robót wg ilości obmiarowych zgodnie z instrukcją wykonania robót, wystawianą przez inżyniera kontraktu (około 600 tys. zł),
- przebudową gazociągu – zmiana spowodowana względami eksploatacyjnymi - brak możliwości usunięcia awarii bez naruszenia nowo wykonanego nasypu (brak zgody Zakładu Gazowniczego na dopuszczenie do prac zgodnie z wcześniej uzgodnionym projektem) (około 150 tys. zł)
- przebudową urządzeń infrastruktury technicznej nie zinwentaryzowanej infrastruktury podziemnej, a stwierdzonej w trakcie wykonywania prac (około 200 tys. zł),
- zmiany typu nawierzchni na nawierzchnię cichą wprowadzoną decyzją o uwarunkowaniach środowiskowych – warunek uzyskania dofinansowania projektu (około 300 tys. zł).
Opole odporne na beton
Już dawno powinniśmy pomyśleć o betonowych drogach. Mamy niemal wszystko co do tego potrzeba: producentów cementu pod nosem, poniemieckie tradycje, a także głośne aspiracje do bycia innowacyjnym. Czyżby więc – jak to zwykle u nas bywa – znów brakowało chęci?




